Wyprawa po Nowej Zelandii przebiegała, w dużej mierze, pomiędzy plażami. Wszystko dlatego, że piękniejsza połowa załogi postanowiła sprawdzić, czy w jej piersi drzemie surferskie serce. Finalnie z nauki pływania na desce nic nie wyszło. Niemniej zwiedziliśmy tyle miejsc, że spokojnie możemy zrobić coś w rodzaju przewodnika niedoszłego surfera.

Plaża to Plaża? Każda jest taka sama? Nie na Nowej Zelandii. Tu każde z odwiedzonych miejsc było całkowicie inne!

plaża 90 Mile, Ahipara

Zamiast na szkołę surfingu trafiliśmy na wypożyczalnię blokartów. Plaża była długaśna i z dużą strefą odpływu. Po wycofaniu się wody pozostawał mokry i twardy piach, na którym wózek szybko się rozpędzał. Okazało się, że kubełkowe siedzienie + 3 koła + żagiel od windsurfingu to jest to, co lubi brzydsza połowa załogi. Opanowanie bolidu zajęło kwadrans. Po 3 wywrotkach udawało się śmigać w miarę stabilnym przechyle.  Szybkie postępy w nauce wynikają z tego, że wywrotki są kompletnie niegroźne. Szkielet wózka przyjmuje zderzenie z ziemią. To o czym musicie pamiętać, to żeby w czasie twardego lądowania na boku nie podpierać się łapami. Przewrócony wózek hamuje natychmiast, bo żagiel szoruje po piachu.  Jak się okazuje sporty extremalne nie muszą grozić urwaniem kończyn żeby było fajnie 😉

przewodnik surfera, najlepsze spoty Nowej Zelandii

plaża Ohawe

przewodnik surfera, najlepsze spoty Nowej Zelandii

Tu dla odmiany był czarny piach. Przy pierwszym spojrzeniu czarne podłoże i plaża = coś nie tak. Taki dziwny kolor wynika stąd, że piach pochodzi z okolicznego wulkanu Taranki.

Na tej plaży pierwszy raz widziałem profesjonalny kajak wędkarski. Nie dość że miał odpowiednie „kluzy“ na wstawienie wędki, to na pokładzie zamontowany był komputer do nawigacji. To co mnie zastanawiało, to co wędkarz robi z rybą. Wszystko OK jeśli złapie coś małego, ale morskie ryby potrafią być spore. Co wtedy pozostaje? Holowanie chyba nie wchodzi w rachubę, bo stwór morski może wywrócić kajak. Zanim dążyłem o to zapytać, gościa na plaży już nie było. Więc zagadka pozostaje nierozwiązana.

przewodnik surfera, najlepsze spoty Nowej Zelandii

plaża Carters, Westport

przewodnik surfera, najlepsze spoty Nowej Zelandii

Na tej plaży piach był dziwacznie szary. To co jednak zwracało uwagę znacznie bardziej to zderzenie dwóch mas burzowych nad głowami.

Pomiędzy wałami chmur prześwitywał kawałek niebieskiego nieba i to on odbija się w mokrym piachu. Dodatkowo unosiła się mgła, więc wszystko przyjęło abstrakcyjny niebieski kolor.

przewodnik surfera, najlepsze spoty Nowej Zelandii

Cape Foulwind,

przewodnik surfera, najlepsze spoty Nowej Zelandii

Przepiękny widok i równie intensywny smrodek. Jedna foka jest urocza. Foka z małym „szczeniakiem” osiąga szczyty zajebistości a stado fok… Stado fok po prostu okrutnie śmierdzi. Plaża dostępna tylko dla fok, które obsiadły skały i nie zamierzały z nich zleźć. Uwierzcie mi jednak na słowo, że na plażowanie z foką nikt z Was nie miałby ochoty 😉 Tu swe odrębne zdanie zdecydowanie zgłosza Ola. Jednak moim zdaniem nie czuła fetoru, bo zachwyt z bliskości foczych maluchów odciął jej zdolność odczuwania jakichkolwiek innych bodźców. Założę się, że mógłbym jej wtedy wypić całą poranną kawę i też by się nie zorientowała.

plaża Abel Tasman

przewodnik surfera, najlepsze spoty Nowej Zelandii

Park narodowy wzdłuż brzegu Morza Tasmana jest zdecydowanie numerem 1 naszych wspomnień z całej Nowej Zelandii. Pomiędzy malutkimi plażami, które skrywały się w mikro zatoczkach, pływaliśmy kajakiem.

Były dokładnie takie jak w reklamach batonika Bounty. Jako, że jest to park narodowy mozna było też zobaczyć przeróżne zwierzaki. Od fok po dziwaczne ptaki.

Ostatnia plaża, na której kończyliśmy całodzienny rejs, była największą plażą jaką kiedykolwiek widzieliśmy.

Odpływ powoduje, że różnica w poziomie morza sięga tu 5 metrów i cofnięcie lini wody o kilkaset metrów. Dlatego po łodzie wycieczkowe z turystami wyjeżdżają… traktory.

Wjeżdża taki do wody z wózkiem. Na wózek wpływa motorówka i ..hajda na kołach do bazy 😉 Wygląda to dość zaskakująco.

plaża Monkey Island, tu spotkaliśmy pierwszego surfera

Było ich nawet kilku. Niestety nie mieli ochoty pływać 😉

przewodnik surfera, najlepsze spoty Nowej Zelandii

Znacznie częściej jeździli po niej samochodami. Pokręciliśmy się w lewo i prawo i podpatrzyliśmy trochę jak mieszkają. No cóż, wygląda to tak jak na filmach. Liczą się tylko fale i wiatr we włosach. Cała reszta jest sprawą drugorzędną.

Roaring Bay,

Żeby można było zobaczyć pingwina w warunkach naturalnych plażę zamknięto dla ludzi. Można je oglądać ze specjalnej „czatowni”. Przesiedzieliśmy tam jeden wieczór oglądając jak wracają z łowów i wróciliśmy przed świtem, aby kibicować im w trudnej drodze z gniazda do wody. Trudnej to mało powiedziane! Mając małe stópki i jeszcze krótsze nóżki wcale nie tak łatwo zejść z kilkumetrowej skarpy. Czasem pingwiny po prostu zjeżdżały po trawie na dupach, lub wywalały się na dzioby. Oglądanie tych przeuroczych zwierzaków na pewno było w top3 wrażeń całego wyjazdu.

przewodnik surfera, najlepsze spoty Nowej Zelandii

plaża Pilots, Harrington Point

Schodząc na plażę, dość nieoczekiwanie jak na rezerwat, oglądaliśmy jak tuż przed nami przepływał ogromny statek. Ta plaża też jest zamknięta dla ludzi, bo rezydują na niej lwy morskie. Dzięki sprytnemu podestowi można z bliska oglądać jak podgryzają się po uszach. Niesamowity kontrast powstaje gdy porówna się ich nieporadnie ruchy na lądzie [ciężko podrzucić i przesunąć kilkaset kilo jak nie ma czym] z tym co wyprawiają będąc w wodzie.

plaża przy zatoce Mistletoe

Tu już sam wjazd, a w zasadzie zjazd na plażę, dostarcza wrażeń. Było tak stromo, że całą drogę rozmyślałem tylko o tym jak wjadę z powrotem. W nagrodę stanęliśmy w niesamowitym miejscu tuż przy brzegu. Plaża w dżungli to chyba najwłaściwsze skojarzenie. Jednak najlepszą rzecz zdradzili nam Polacy, którzy od kilku lat mieszkają w NZ. Woda w tym fiordzie pełna jest dziwnego żyjątka. W nocy, gdy zburzymy wodę zaczyna ona świecić na niebiesko. Trwa to tylko ułamek sekundy. Dokładnie tyle ile czasu spieniona woda styka się z powietrzem. Wygląda to jak efekt specjalny z filmów o „Władcy pierścieni”. Oczywiście nie udało mi się tego sfotografować, więc musicie mi uwierzyć albo pojechać tam i samemu sprawdzić [zróbcie to! Warto!]

plaża Foxton

przewodnik surfera, najlepsze spoty Nowej Zelandii

To miejsce najbardziej przypominało nasze bałtyckie plaże. Delikatny piaseczek oraz wydmy. To co było inne to mnóstwo samochodów z wędkarzami, którzy łowili swoje kolacje. Mięso w NZ jest strasznie drogie, więc ktokolwiek potrafi zdobywa je sam.

plaża Waihi, dla prawdziwego surfera

przewodnik surfera, najlepsze spoty Nowej Zelandii

Tu wreszcie „dopadliśmy” surferów w akcji. Wiało i padało, więc Ola zrezygnowała ze sprawdzenia swego zapału do surfingu. Mnie zachwyciły ćwiczenia ratowników. Niemiłosiernie katowali, na falach, ponton i swoje kręgosłupy. Nie miało to nic wspólnego z kadrami z serialu “Słoneczny patrol” ;).

przewodnik surfera, najlepsze spoty Nowej Zelandii

plaża Hahei

przewodnik surfera, najlepsze spoty Nowej Zelandii

Nasz ostatni nocleg w NZ był na plaży, która bardziej przypominała widoczek z Azji – intensywne zielsko i skały wystające z wody. Huśtawka to dobry pomysł na poradzenie sobie z przedwyjazdową chandrą.

2 komentarze

  1. sprzedaz auta w n. zeelandii – moze nie byc slodko:

    konczylem wakacje w n.z w marcu, czyli ichniej jesieni, w
    christchurch. oczywiscie chcialem sprzedac auto, kupione tanio i raczej
    parchate. kupione z zalozeniem, ze oddam je na zlom. za zlomy placa
    roznie, ale max. okolo 300 nzd, w duzych miastach. na dlugo przed
    momentem pozbycia sie auta szukalem wszelkich mozliwych sposobow
    sprzedazy. i klientow. miejscowi sa kompletnie dolujacy, na ogloszenie –
    auto na sprzedaz – zawsze odpowiadaja pytaniem czy auto jest wciaz na
    sprzedaz, a po odpowiedzi potwierdzajacej milkna. wszyscy. takie
    zboczenie narodowe. jedna niemka w swoim ogloszeniu napisala: tak, auto
    jest na sprzedaz, tak, auto jest na sprzedaz. na pewno wciaz dostawala
    pytanie, czy auto jest na sprzedaz. w miedzyczasie sprzedalem kola, na
    ktorych byly dobre opony, zamieniajac sie na lyse. probowalem sprzedac
    akumulator, jako ze mialem drugi, slaby, ktory juz nie chcial krecic po
    nocy z przymrozkami. ten slaby wystarczyl, zeby dojechac na zlom.
    zapomnialem, ze mam dobry bagaznik dachowy, i ze moge go sprzedac – do
    dzis sie pukam w glowe. tak wiec sprzedawalem co sie dalo po kawalku.
    oczywiscie przy okazji sprzedazy wszelkiego sprzetu kampingowego i
    wszystkiego, co bylo sprzedajne. a w n.z., krolestwie shit,u, wszystko
    jest. w christchurch pojechalem na auto gielde dla backpackersow. po
    lecie, czyli na koniec sezonu, bylo tam kilkanascie vanow, wartych
    miedzy 6 a 15 tys. nzd. i nic innego. I ZERO KUPUJACYCH!!! zero.
    mniemniaszki, co to wylozyli taka kase na swoje autka, plakali, ze
    latwiej sprzedac auto na antarktydzie. a czego sie spodziewali kupujac
    auto? naiwne dzieci? nawet nie bylo tam sępow i naciagaczy, placacych po
    500 dolarow za auto. jest ich w tym kraju mnostwo, mnie tez podchodzili
    z tak kosmicznymi propozycjami, ze ja bym nigdy takiego oszustwa nie
    wymyslil. np. : zostaw mi auto i upowaznij do sprzedazy, a jak go
    sprzedam, to ci wysle kase gdziekolwiek w swiecie. i kilka innych, co
    juz nawet wole nie pamietac.

    konczac wakacje, chcialoby sie pozbyc auta w przeddzien wylotu. a to
    jest nieosiagalne, jesli chce sie sprzedac. jak sie sprzeda wczesniej,
    to trzeba , przez nie wiadomo ile dni, spac w hostelu. ( w ch.ch. noc w
    hostelu dochodzila do 100 nzd., w izbie zbiorczej troche taniej) wiec
    sie trzeba kisic w miescie, nie wiadomo po co, w syfie, tracic czas i
    pieniadze. bez sensu. a jak sie nie sprzeda? porzucic na parkingu przed
    lotniskiem? niektorzy to proponowali. ale 15 tys. nzd szlag trafia. tez
    bez sensu.

    dalem za swojego parszka 850 dollar, troche w nim musialem dlubac,
    przywiozlem sobie podstawowe narzedzia. musialem zmienic opony, bo
    zdarlem na szutrach do drutow. oczywiscie ze zlomu. tak ze dolozylem
    pare stow na rozne czesci. na zlom oddalem go za 300, za kola wzialem
    150. spalem w nim do ostatniej chwili, ze zlomu pojechalem prosto na
    lotnisko. ogolnie, nie wydalem na spanie ani jednego centa przez kilka
    miesiecy. oczywiscie wydalem na benzyne, bo zeby znalezc miejsce na noc,
    czasem trzeba bylo duuuuzo sie najezdzic.

    a adolfki z gieldy dla backpackers? nie mam pojecia, ale ich zalamane
    miny i wyparowana buta byly slodkie. tudziez ich glupota, bezdenny brak
    wyobrazni. das ist keine deutschland, madchen. angielski swiat nie
    dziala po niemiecku, a autka do oszustow po 5 stów! albo zostawione
    przed lotniskiem….

  2. n.z. 90% kraju nie ma zasiegu. zasieg tylko w miastach i na glównych drogach. czasem trzeba przejechac 100 km zeby miec zasieg. leje. nie mozna WOGÓLE wysiadac z auta bo meszki. zawsze i wszedzie. leje. nazi department of tourism zabrania wszystkiego, wszedzie. spanie na dziko to bullshit – albo masa niemców, albo o 6tej rano przychodzi nazi i daje mandat. leje. depresja. kilo baraniny w sklepie 40 dolarów. surowej. gotowej do jedzenia nie ma. kilo czeresni 40 dolarów. leje. benzyna w cenie europy, dwa razy wiecej niz w australii. 4 razy wiecej niz US. leje. meszki. cale fjordy nie maja dróg, sa niedostepne. meszki. leje. komary i baki w arktyce to zero w porównaniu do meszek. leje. zeby znalezc miejsce na noc, trzeba pojezdzic ze 2-3 godziny, wszedzie ploty i zakazy. wszedzie!!!!! aplikacje z miejscami do spania wysylaja wszystkich niemców na malutkie parkingi na 5 aut, stoi sie drzwi w drzwi, jak przed supermarketem. jak sie stanie z boku, to mandat. leje. meszki. nie mozna zagotowac wody bo meszki. i leje. trzeba przeskakiwac wyspe z poludnia na pólnoc, albo wschód zachód zeby nie lalo. n.z. jablka po 5 dolarów za kilo. te same jablka wszedzie indziej na swiecie po 1.50 dolara. aftershave za 50 dolarów w normalnym swiecie tam kosztuje 180.
    wszystkie mosty sa na jedno auto, poza Auckland. miasteczka wygladaja tak: bank, china takeout, empty store, second hand ze starymi smieciami, empty store, china takeout, second hand, bank and so on – kompletny upadek i depresja. pierwszy raz w zyciu kupowalem w second handzie. wejscie na gorace kapiele 100 dolarów. dwa razy psychopaci zagrazali mojemu zyciu (wyspa pólnocna, srodek-wschód), jeden z shotgunem. policja to ignoruje.
    co by tu jeszcze? jest pare dobrych rzeczy, wymieniam zle, bo NIKT tego nie mówi. bardzo latwo zarejestrowac auto, ubezpieczenia nieobowiazkowe i tanie. przeglad co 6 miesiecy. w morzu sie nikt nie kapie, poza surferami, zimno, prady. meszki doprowadzaja do obledu.nie ma na nie sposobu. wszedzie mlodociane adolfki. tysiacami. supermarkety, maja ich 3, sa tak zle,ze nie ma co jesc. marzy sie o powrocie do swiata i normalnym jedzeniu. ogólnie marzy sie o normalnym swiecie, caly czas odlicza dni do wyjazdu . w goracych wodach maja amebe co wchodzi do mózgu. no chyba ze sie zaplaci 100 dolarów za wstep, to mówia ze nie ma ameby

Skomentuj