fbpx

Jeśli droga F206 prowadziła na księżycowe krajobrazy, to F208 prowadzi po prostu na Marsa. I było jeszcze lepiej niż ostatnio. W zasadzie zmiażdżyło wszystko, co do tej pory widzieliśmy. Niemożliwe? No to zobaczcie zdjęcia z Landmannalaugar…

Landmannalaugar – Mars na Ziemi

Oglądając mnóstwo zdjęć z Landmannalaugar przed wyjazdem, byłem przekonany, że są one sztucznie podbijane w Photoshopie. Nie są. Nie muszą, bo te góry mają takie kolory naprawdę. Co więcej, mają takie barwy, których człowiek się nie spodziewa. Do tej pory uważałem, że takie skały nie istnieją. A jednak…

Dlatego drugiego dnia zrobiliśmy kilkugodzinny trekking na najbrzydszą górę w okolicy 😉 Wyglądałaby jak ogromna szara hałda z kopalni, gdyby nie zaskakujące skały w jej podstawie, które mają kolor zielonej butelki.

Góra może była najbrzydsza, ale z góry doskonale było widać wszystko dookoła. Mieliśmy wrażenie, że usadowiła się tutaj połowa tablicy Mendelejewa.

widok z samego szczytu “popiołowej góry”

Dodatkowo ze szczytu widać doskonale jak płynęła lawa po wybuchu. Ciągnie się aż od wulkanu i zatrzymuje przy korycie rzeki. Wygląda to jakby rzeka schłodziła gorącą magmę i ta się po prostu zatrzymała. Wciąż z niektórych szczelin widać wydobywające się wyziewy i gorące strumienie. 

Landmannalaugar, wiok na obóz
Tam gdzie zatrzymała się lawa mieści się teraz obóz. Na lewo “strumyczki”, które pędzą do rzeki

Wszystkie kolorowe skały można znaleźć też w korycie rzeki. W czasie roztopów ma ona szerokość kilkuset metrów. Wtedy gdy tam byliśmy, pędziło przez nie jedynie mnóstwo małych potoków, które dopiero u podnóża jednej z gór łączyły się w sporą rzekę. Dzięki temu można było zrobić wycieczkę jej dnem.

Landmannalaugar, koryto rzeki
widok na rzekę z wysokości ~120m

Zazwyczaj blisko strumieni znajdowała się roślina, którą nazwaliśmy “zakreślaczem”. Skojarzenie z zakreślaczem przyszło ze względu na intensywny zielony kolor.

Landmannalaugar, góry widok z najwyższego szczytu

Na pierwszy rzut oka roślina wyglądała na mech, ale miała dość nietypowe włoski, w których magazynowały się krople wody.

Białe noce “na Marsie”

Kiedy po całym dniu wydaje się, że człowiek przyzwyczaja się już do otaczających go kolorów, wtedy [przy odrobinie szczęścia, gdy nie będzie wielu chmur] przychodzi bonus w postaci zachodu słońca. Dookoła dominującymi kolorami są żółty, czerwony oraz pomarańczowy. Dzięki temu wszystko zaczyna dodatkowo „świecić” na czerwono, gdy słońce jest tuż nad górami. A w białe noce bonus jest podwójny, bo zachód trwa, trwa i trwa…

dzień polarny, zachód słońca

Zazwyczaj, zamiast badziewnej pamiątki, zabieramy jedną skałę lub kamień z danego kraju. Tym razem poupychaliśmy po wszystkich kieszeniach mnóstwo różnokolorowych skał. Wszystko to niedawno spłynęło z okolicznych gór, więc mamy cały przekrój Landmannalaugar w pudełku. Co ciekawe niektóre kamienie są zadziwiająco lekkie jak na swój rozmiar. Mamy nadzieje, że żaden z nich nie okaże się zagubionym jajem jakiegoś “obcego” z sąsiedniej galaktyki 😉

Landmannalaugar, rzeka

F208

Oczywiście sama droga na miejsce też dostarcza sporo atrakcji. F208 to kolejna droga “F”, którą planowaliśmy przejechać podczas naszego ostatniego pobytu, ale wysoki stan rzek pokrzyżował nam wtedy plany. Tym razem wiedzieliśmy, że damy radę.

F208 przeprawa przez rzekę

Dodatkowo pokonanie brodu przed samym campingiem zajęło nam krócej niż ostatnio, bo przetestował je wcześniej Majki Malinowy. To fantastyczny fotograf (polecamy jego profil na Instagramie @majkimalinowy), z którym się znamy z Instagrama właśnie. Postanowiliśmy się wreszcie spotkać „w realu”. Wybór padł na to kosmiczne miejsce. Majki mial sporo szczęścia, bo gdy pochylony nad brodem, dumał nad autorską wersją znanego utworu: „Should I stay, or should I go”, podjechała ekipa Search and Rescue. To odpowiednik naszego TOPR-u. Zmierzyli dla niego głębokość brodu i zaoferowali pomoc na wypadek gdyby samochód jednak utknął w wodzie.

rzeka na F208 tuż przed obozem w Landmannalaugar

Panowie ratownicy „rezydują” w bazie pod Landmannalaugar, przed którą są właśnie dwie najgłębsze przeprawy na drodze. Udało się bez problemów, a my dostaliśmy precyzyjne informacje jak pokonać bród. Ale i tak znów wleźliśmy w kaloszach, aby samemu jeszcze raz to sprawdzić zgodnie z zasadą “better to be safe than sorry” 😉

Camping i jego atrakcje

Baza w Landmannalaugar pełni też funkcje campingu, na którym postanowiliśmy zostać na dłużej. Ku naszemu zaskoczeniu jest tam również sklep i bar, które mieszczą się w autobusach. Właśnie rozpoczęły swoją działalność, bo wreszcie opadła woda w rzekach na tyle żeby mogły się tam przedostać.

Landmannalaugar, sklep
Autobusy pełniące funkcję baru i sklepu, a po prawej baza SAR

To co przekonało nas do zostania więcej niż jedną noc (oprócz samych gór oczywiście), to ujście gorącego źródła do małej rzeki tuż przy campingu. Polecamy zwłaszcza kąpiel o 2 w nocy. Wtedy możecie liczyć na to, że będziecie tam sami. A że dzień polarny w zasadzie się nie kończy, to cały czas jest jasno i można oglądać wschodo-zachody słońca.

Jedynym minusem jest to, że ciężko tak do końca przewidzieć jak się zmieszają oba strumienie wody. Zdarza się więc, że znienacka robi się zimno albo super-gorąco. Ale jest to naprawdę niewielki mankament tej campingowej atrakcji 😉

Landmannalaugar, kąpiel w źródle
Holenderski sposób na zabranie aparatu [w telefonie] do ciepłego źródła 😉

*cytat pochodzi z filmu „Marsjanin”

Skomentuj