katar, żelki i koło podbiegunowe

Odwrót rozpoczęliśmy w odrobinę gorszej formie. Jedno z nas przemarzło w czasie rejsu na wieloryba, drugie zaś …obżarło się żelkami z lukrecją. Kichanie i bolący brzuch to jednak nie powód aby odpuszczać sobie powrót dłuższą, ale widokową drogą 😉

Brzeg wyspy Andøya z Morzem Norweskim ma niespodziewanie intensywne kolory. Zamieszanie wprowadzają glony, których odcienie bardziej pasowałyby bardziej do Hiszpani lub Meksyku.

Góry spowite ponurymi chmurami i „żarówiaste” odcienie dawały niesamowity kontrast. Do tego skaliste wybrzeże morza. Warto było nadłożyć drogi 😉

Oczywiście nie obyło się zarówno bez deszczu, jak i śniegu i mgieł. Po tygodniu jeżdżenia w takich warunkach doszliśmy do wniosku, że to również ma sporo uroku 😉

Potem wskoczyliśmy na ostatni prom, co oznaczało że niestety zjechaliśmy z Lofotów.

W drodze na południe przespaliśmy się na kole podbiegunowym dosłownie parkując koło równoleżnika 66°33’.

Miejsce przecięcia granicy polarnej jest w Norwegii, delikatnie mówiąc, mało przyjazne człowiekowi.

Jest to coś w rodzaju płaskowyżu, non-stop smaganego zimnym wiatrem. Można tam, w czerwcu, połazić po śniegu albo przemarznąć do szpiku kości. Szczęśliwe wydają się być chyba tylko – a jakże! – glony. Tym razem krzykliwie zielone.

Przez Szwecję jechaliśmy trasą zwaną Blue Highway, prowadzącą od Norwegii do Rosji. To trasa wzdłuż wielu jezior i rzek. Dzięki temu tajga, przez którą się jeździ w niemal całej Skandynawii, ma znacznie więcej drzew liściastych.

Tam wreszcie udało nam się zobaczyć łosie. Stały gamonie wzdłuż drogi i się po prostu na nas gapiły. Po chwili schowały się za drzewami, ale cały czas ciekawsko zerkały w naszym kierunku.

Po drodze plącze się też mnóstwo reniferów, które czasami pchają się prosto pod koła.  Na poboczu wypatrzyliśmy matkę z młodym. Zanim wyhamowaliśmy i nawróciliśmy zdążyła przetruchtać przez jezdnię i zniknąć w gęstych krzakach.

 

Po dwóch tygodniach i 4 580 przejechanych kilometrach wróciliśmy do domu 😉

10 razy płynęliśmy promem. Spaliśmy zarówno na dziko, jak i wbijaliśmy na kempingi aby zatankować wodę, wyczyścić toaletę i podłączyć się do prądu. Widzieliśmy kolejnego wieloryba. Widzieliśmy z bliska łosie.  Znienacka, z powodu niskich temperatur, zużyliśmy niemal całkowicie obie butle gazowe na ogrzewanie kampera w nocy.

Czas wymyślić kolejny cel podróży…