Å

Å to ostatnia litera alfabetu norweskiego. To też nazwa ostatniej miejscowości na południu Lofotów.

Żeby tu pospać o tej porze roku, trzeba pozasłaniać wszystkie okna w kamperze. Od wczoraj nad wyspami w ogóle nie zachodzi słońce. To powoduje, że kompletnie nam się pokręciły pory dnia i nocy. Pogodzie zaś pokręciły się pory roku i od dziś mamy opady śniegu z deszczem, bądź deszczu z drobinkami lodu.

Na szczęście wiatr, który urywa głowy, robi spore dziury w chmurach i dzięki temu mamy również całkiem sporo momentów ze słońcem. Jednym słowem idealna pogoda do szwendania się po okolicy. Całe Å można obejść w pół godziny. Ta miejscowość składa się w zasadzie z 3 elementów. Drewnianych chałup, portu rybackiego i rusztowań na których wiszą suszące się dorsze.

Zresztą każda kolejna miejscowość jest zbudowana z dokładnie tych samych elementów. Niemniej w tle każdej z nich są ogromniaste góry, dzięki którym wszystko wygląda inaczej.

Wszędzie zaś śmierdzi jednakowo mocno. To zasługa suszonych dorszy. Na działanie wiatrów wystawia się oddzielnie łby jak i same tusze. Nie jesteśmy wstanie sobie wyobrazić do czego służą suszone łby, zwłaszcza, że przy części z nich wciąż dyndają wnętrzności.

Zresztą do samych korpusów też jakoś nie jesteśmy specjalnie przekonani, pomimo że 1 kg tego specjału ma tyle wartości odżywczych, co 5 kg ryby. Wynika to z tego, że w suszonej rybie odparowuje woda a pozostają proteiny. Nie do końca rozumiemy na czym ma polegać suszenie, skoro tu tyle deszczu pada.

Na nasze oko wygląda to bardziej na kiszenie na świeżym powietrzu. Jak na razie nie przemogliśmy się aby spróbować tego delikatesu 😉

Łażąc po okolicy natrafiliśmy też na ptasie gniazda. Najwięcej puchatych stworów prowadzają, w chwili obecnej, gęsi. Na jajach siedzą też mewy. Nigdy w życiu nie widzieliśmy małych mew, więc jak tylko nadarzy się okazja to zwrócimy na nie uwagę.


Śmigamy na północ. W ciągu dwóch dni chcemy dotrzeć do miejsca, skąd wypłyniemy na obserwację wielorybów.