17-tką w tempie ślimaka

Od trzech dni mamy wrażenie jakby wszystko wkoło działo się w zwolnionym tempie. Możliwe, że to wcale nie jest tylko wrażenie.

Po pierwsze po Norwegii można „śmigać” 80km/h. To doskonała prędkość aby dobrze się rozejrzeć, ziewnąć, raz jeszcze się rozejrzeć a zakręt przed Tobą …wciąż jest przed Tobą.

Na samej 17-tce, czyli drodze wzdłuż zachodniego wybrzeża, zdążycie dodatkowo wziąć łyk, albo dwa kawy, bo dominują ograniczenia prędkość 60-70km/h.

Po krótkiej chwili doszliśmy do wniosku, że ….to bardzo fajna rzecz te ograniczenia. Po pierwsze naprawdę można wszystko sobie zobaczyć, po drugie można się całkowicie wyluzować. No i samochód pali tyle co nic. Same plusy.

Drugim czaso-spowalniaczem są promy. Co prawda płynie się nimi krótko. Czasem tylko 10 minut, maksymalnie zaś godzinę. To co hamuje drogę jest czekanie na przeprawę. Jeśli drogą będziecie jechać przed sezonem letnim [początek 10 czerwca] i w weekend [tak jak my] …to poczekacie sobie jeszcze dłużej.

Przystanie są malutkie, więc i promy nie są zbyt duże. Lokalsów raczej też nie widać wielu, ale ku naszemu zdziwieniu wszędzie pałęta się spora ilość kamperów. Może się więc zdarzyć, że nie załapiecie się na prom. Nam się to przytrafiło drugiego dnia. Na jednej z przepraw, czekaliśmy łącznie ponad 6 godzin. Nie załapaliśmy w pierwszej turze i czekaliśmy na kolejny rejs. W rezultacie, od rana do wieczora, przejechaliśmy na kołach 27 km 😉

Wszystkiemu winny był …piżmowół. Nie załapaliśmy się na pierwszy kurs, bo zamiast śmigać z promu na prom w pewnym momencie zawróciłem. Wydawało mi się, że zobaczyłem piżmowoła. Sami rozumiecie, że takiej okazji nie można było przegapić. Dla zdjęcia piżmowoła zrobiliśmy w tył zwrot. Po powrocie na miejsce domniemanego spotkania z niecodziennym zwierzakiem okazał się, że był to nieogolony baran. Myślę, że musiałem mieć durną minę, bo owce przyglądały się nam intensywnie. Tak samo jak załogi kolejnych kamperów, które nas jeden po drugim wymijały.

Spowalniaczem jest też pogoda. Cała Europa smaży się a my mamy deszcze na przemian z ulewami. Jakakolwiek dziura w chmurach powoduje, że radośnie wybiegamy z kampera i startujemy drona aby porobić trochę zdjęć z powietrza.

O ile na co dzień deszcz nam kompletnie nie przeszkadza, to trzeba przyznać, że te powalające widoki byłyby jeszcze lepsze, gdyby coś było widać 😉

Śmigamy dalej. Za chwilę dotrzemy na Lofoty.