komary, marketingowa ściema i uszczelka w płynie

Gdyby się dobrze zastanowić, to niemal wszystko idzie nie tak jak powinno. Nie bardzo nam to jednak przeszkadza 😉

 

Myśleliśmy, że skoro atakowały nas komary na Mazurach, to jesteśmy odporni na tego rodzaju upierdliwe insekty. Już pierwszy nocleg tego wyjazdu zweryfikował tę tezę. Komar jak to komar, dopóki dymił grill i odstraszały repelenty, jakoś dało się je wytrzymać. Atak nastąpił …gdy weszliśmy do kampera. Zadziałała tu zwykła statystyka. Jeśli komarów będzie dziesiąt razy więcej, to dziesiąt razy większa jest szansa, że któreś bydle wlezie do środka. W rezultacie przez pierwsze pół nocy nie spaliśmy bo szukaliśmy szczeliny w moskitierach [mazurskie komary jej nie znalazły]. Zaś przez drugą połowę je tłukliśmy. Na moje oko w czasie tej jednej nocy wycięliśmy, w kamperze, koło setki latających pijawek. Każde z nas wyrobiło sobie własny styl „komarowego ninja”. Ola zabije je klaśnięciem obu dłoni. Ja nachwytem jednoręcznie. Jest to w sumie ćwiczenie uspokajające, bo aby dziabnąć gada za pierwszym razem, trzeba minimalizować ilość ruchów i spowalniając oddech wyczekać do ostatniej chwili. Klap!

Niewyspani pojechaliśmy dalej. Jako że „zaliczamy” wszystko, co jest na liście UNESCO, nadłożyliśmy trochę drogi aby zwiedzić drewniane miasto Roros. Jeśli nie jesteście koneserami zabudowy nadżartej przez korniki, to spokojnie możecie sobie tę atrakcję odpuścić. Jeśli natomiast jesteście przedstawicielami władz samorządowych i dumacie jak przyciągnąć turystów do swojego miasteczka, to koniecznie musicie tu przyjechać. Zwłaszcza, jeśli Wasza lokalizacja jest na totalnym „zadupiu” i naprawdę nic ciekawego u Was nie ma. Cud marketingu turystycznego jest możliwy i warto by było go u nas skopiować.

Dodatkowo dalszą trasę musieliśmy sporo skrócić, bo prognozy zapowiadały, że najbliższej nocy spadnie deszcz. Jeszcze przed wyjazdem, w czasie imprezy „z przytupem” [wkrótce więcej o tym evencie], odkryliśmy, że nasz kamper przecieka. Do środka dostała się zaledwie trochę wody. Powiedzmy, ilość bliska 1/5 szklanki. Niemniej przeciek, to zjawisko na które każdy właściciel kampera reaguje jak wampir na osikowy kołek. Nasz dobry przyjaciel, który zajmuje się odnawianiem zabytkowych pojazdów, zlokalizował źródło rozszczelniania. Była to skruszała uszczelka w oknie dachowym. Dlatego też jadąc na północ, w obliczu prognoz z opadami deszczu, stanęliśmy pod Trondheim.

Ku zdumieniu połowy kempingu rozpoczęliśmy manewry na dachu. Najpierw usuwanie resztek gumy, potem mycia i odtłuszczanie i wreszcie nanoszenie uszczelki w płynie. Do tej pory nie mieliśmy pojęcia o istnieniu takiego ustrojstwa, toteż estetyczna strona całej operacji pozostawia co nieco do życzenia. Mówiąc wprost, nowa uszczelka wygląda jak parówka. Niemniej działa! Nad ranem była ulewa. Jak tylko zaczęło padać wystrzeliliśmy z łóżek aby sprawdzić co i jak. Miejsce, gdzie pojawiały się kropelki jest suche!!! W bonusie mieliśmy okazję oglądać burzę o wschodzie słońca …o 2 nad ranem 😉

Zadowoleni z siebie [i uszczelki w płynie] pojechaliśmy dalej. Mimo, że raz po raz pada, nam podoba się coraz bardziej. W miarę jak podążamy na północ fiordy pojawiają się coraz częściej. Jest też coraz więcej charakterystycznej dla terenów północnych „bawełny” – cottongrass z angielskiego, lub wełnianka 🙂 po polsku.

Widzieliśmy też stado reniferów i małego łosia. O ile renifery udało się łatwo sfotografować, to na łosia wciąż jesteśmy zbyt wolni. Zżarł trawkę i natychmiast zniknął w krzakach.

Teraz jesteśmy już na Kystriksveien, czyli drodze nr 17. Biegnie wzdłuż zachodniego brzegu Norwegii. Według National Geographic, to jedna ze 101 najpiękniejszych dróg widokowych świata. Pierwsze wrażenia całkowicie potwierdzają tę opinie.