Park Narodowy Szwajcarii Saksońskiej

Majówka to kataklizm turystyczny pod każdą szerokością geograficzną…

Znalezienie miejsca na kempingu w Szwajcarii Saksońskiej okazało się niemal niewykonalne. Zjechała tak duża ilość turystów, że kampery ustawiały się na każdym skrawku ziemi, wzdłuż płotów otaczających kempingi. Po trzech godzinach krążenia pomiędzy kempingami, nie mając innego wyjścia, skorzystaliśmy z planu awaryjnego.

Doczłapanie do najmniejszego kempingu było o tyle trudne, że prowadząca droga biegła częściowo po stromej skarpie. Dodatkowo miała kilka przewężeń. Nasz „ulubiony” odcinek miał ~650m i był szeroki na tyle, że pomiędzy bokami kampera a skałami było po 10-20 cm. Wymijanie było możliwe tylko na specjalnych poszerzonych miejscach. Na szczęście kamper jest na tyle duży, że nadjeżdżające osobówki same „dobrowolnie” wykonywały manewr cofania 😉 Na miejscu okazało się, że wolnej przestrzeni jest co prawda bardzo dużo, ale nie ma możliwości pozostania tu na noc. Cały kemping jest bowiem założony tylko na potrzeby jednej przyczepy należącej do właścicielki… Niestety tej informacji na mapie nie było ;( Tak, musieliśmy wrócić tą samą drogą. Tak, znów mieliśmy wątpliwą przyjemność wymijać się z samochodami w najwęższym miejscu ;((

Mocno wymęczeni, z nosami przy ziemi, przeszliśmy do planu ostatecznego. Parking tuż przy wejściu do Parku Narodowego Szwajcarii Saksońskiej do urokliwych miejsc kempingowych nie należy. Ma jednak jedną niezaprzeczalną zaletę. Mieści się całe 9 minut piechotą od największych atrakcji parku. Można więc wyskoczyć z łóżka i już po chwili być na miejscu. Chcąc, nie chcąc [w sumie było nam wszystko jedno] tam właśnie stanęliśmy.

Ruszając o 5 rano byłem przekonany, że spokojnie, w samotności porobię zdjęcia. Tu kolejna niespodzianka. W każdym z kilkunastu miejsc, skąd rozciąga się panorama, stało już po 3-5 fotografów z rozłożonymi statywami i aparatami gotowymi „do strzału”.

Tłok narastał z każdą godziną. Około 8 rano, gdy poszliśmy tam razem [część załogi lubi pospać ;] „gęsto” zaczynało się robić na ścieżkach. Zaś gdy wracaliśmy, koło 10, tłum napierał falami w częstotliwości przyjazdów kolejnych autokarów. Jeśli będziecie się wybierać do tego miejsca, to zróbcie to albo bardzo rano, albo ewentualnie późnym popołudniem. W przeciwnym razie będziecie się czuć jak na wyprzedaży w supermarkecie.

Na szczęście sam park okazał się wart wszystkiego co nas spotkało. Po pierwsze widok, z prawie 200 metrowych skał, na Łabę jest powalający. Po drugie same skały, wypłukane przez tysiące lat tworzą fikuśne formacje. W bonusie jest zwiedzanie czegoś w rodzaju skalno-drewnianej warowni.

Zamek jest zbudowany na kilku skalnych ostańcach. Można między nimi łazić dzięki stalowym kładkom. W kilku miejscach widać pod nogami przestrzeń niemal do poziomu rzeki. W XIX wieku most łączący budowlę ze stałym lądem został zbudowany z kamienia i jest obecnie największą atrakcją okolicy.

Teraz siedzimy na kempingu pod kolejnym ostańcem. Trzeba się na niego wdrapywać kilkadziesiąt minut po stromych ścieżkach, więc jest szansa na odrobinę mniejszy tłum. Damy jutro znać.